Przez dekady rozwój miast opierał się na jednym założeniu: samochód jest królem. Szerokie arterie, rozległe parkingi, przejścia podziemne zamiast naziemnych, sygnalizacja świetlna podporządkowana płynności ruchu. Pieszy miał się dostosować – nadrabiać drogę, czekać na światłach, przechodzić tam, gdzie mu „pozwolono”. Dziś coraz więcej samorządów i mieszkańców zadaje pytanie: czy na pewno o takie miasta nam chodzi? Miasto przyjazne pieszym to nie utopijna wizja. To miejsce, w którym codzienne sprawy da się załatwić na nogach lub na rowerze, a główne ulice są czymś więcej niż korytarzami tranzytowymi. Sklepy, usługi, parki, kawiarnie – wszystko jest na tyle blisko, że samochód przestaje być niezbędny. W takim mieście tempo życia naturalnie zwalnia, a przestrzeń publiczna zachęca do spotkań i rozmów. Kluczowym elementem tej zmiany jest odzyskiwanie ulic dla ludzi. Zamiast parkowania „do ostatniego centymetra” pojawiają się szerokie chodniki, drzewa, ławki, mała architektura. Przejścia dla pieszych są proste i oczywiste – bez konieczności schodzenia pod ziemię czy nad ziemię. Sygnalizacja świetlna przestaje traktować pieszych jak intruzów, którzy dostają kilka sekund „w okienku”, a zaczyna uwzględniać ich realne potrzeby. Ważną rolę w tej dyskusji odgrywają lokalne społeczności – mieszkańcy osiedli, aktywiści, urbaniści, rowerzyści. To oni często jako pierwsi zauważają, że można inaczej, i zaczynają szukać inspiracji. Dobrym miejscem wymiany argumentów, przykładów i projektów bywa miejskie forum tematyczne na którym zbierają się osoby zainteresowane poprawą jakości przestrzeni. Tam rodzą się pomysły na strefy tempo 30, woonerfy, zielone przystanki czy „parklety” zamiast miejsc parkingowych. Miasto przyjazne pieszym to także lepsza jakość powietrza i mniej hałasu. Ograniczenie ruchu samochodowego w centrach, rozwój transportu publicznego, rowerów miejskich i infrastruktury dla mikromobilności (hulajnogi, rowery cargo) sprawiają, że najbardziej uciążliwe korki zaczynają znikać. To nie tylko kwestia komfortu, ale także zdrowia – mniejsza ekspozycja na spaliny i ciągły stres uliczny przynosi realne, mierzalne korzyści mieszkańcom. Przestrzeń przyjazna pieszym powinna być także inkluzywna. To znaczy: łatwo dostępna dla osób starszych, rodziców z wózkami, osób z niepełnosprawnościami. Brak wysokich krawężników, równe nawierzchnie, czytelne oznaczenia, ławki co kilkadziesiąt metrów, dobrze oświetlone przejścia – to detale, które decydują o tym, czy ktoś czuje się w mieście swobodnie, czy raczej jak intruz. Często pojawia się argument, że „miasto bez aut zabije handel”. Tymczasem badania z wielu krajów pokazują coś odwrotnego: tam, gdzie pieszym i rowerzystom jest wygodnie, rośnie liczba odwiedzin lokalnych sklepów, kawiarni i punktów usługowych. Ludzie chętniej zatrzymują się „po drodze”, przysiadają na kawę, robią drobne zakupy. Samochód sprzyja szybkiemu przejazdowi z punktu A do B; nogi sprzyjają zatrzymywaniu się i spontanicznym decyzjom. Oczywiście, transformacja miasta nie dzieje się z dnia na dzień. Wymaga odwagi politycznej, spójnej strategii, konsultacji społecznych i konsekwencji. Pierwsze kroki bywają kontrowersyjne – likwidacja miejsc parkingowych czy zwężanie ulic budzi opór. Dlatego ważna jest dobra komunikacja: pokazywanie przykładów z innych miast, tłumaczenie długofalowych korzyści, stopniowe wdrażanie zmian z możliwością ich ewaluacji. Na końcu jednak korzyści są trudne do przecenienia. Miasto przyjazne pieszym staje się miejscem, w którym po prostu lepiej się żyje. Gdzie dzieci mogą samodzielnie dojść do szkoły, starsze osoby czują się bezpiecznie, a ludzie w każdym wieku chętnie spędzają czas na świeżym powietrzu. To nie jest wojna z samochodami, lecz próba przywrócenia właściwych proporcji między przestrzenią dla ruchu a przestrzenią dla codziennego, zwyczajnego życia.